Alpine Dreams

Okres swiateczno-noworoczny zapowiadal sie u nas nieciekawie. W Swieta wizyta u Tesciowej, wizyta u tescia i siedzenie z kotami w domu, czyli jednym slowem nudy. Pogoda tez zapowiadala sie typowo barowa. Jeczalam Elmarowi, ze tyle czasu tracimy w te swieta, a moglibysmy gdzies wyjechac. Chyba mu bokiem wylazlo te moje marudzenie, bo pod choinke dostalam przepiekny prezent- trzydniowy wyjazd

w gory na Slowenie. Zaliczylismy wiec wyzyty i tesciow, zostawilismy koty pod opieka syna Elamra i 27.12 ruszylismy w droge.

Dosc sceptycznie patrzylam na widoki za oknem. Deszcz lal strumieniami i nic nie zapowiadalo poprawy pogody. Przez Karynthie dwa tygodnie wczesniej przeszly silne wiatry. Lasy polamane jak zapalki, zniszczone drogi i instalacje elektryczne. Balismy sie tego, co zastaniemy na miejscu.

Przez przelecz Paulitch, mimo iz deszcz przeszedl w opady drobnego sniegu, przejechalismy bez problemow. A na miejscu w pieknie polozonym gospodarstwie czekal na nas przytulny pokoik.

Widok z balkonu na razie nieciekawy, ale wierzylismy, ze to sie zmieni.

Wieczorem zjechalismy do Logarskiej Doliny na kolacje. Milo sie siedzialo przy kominku, zajadalo pysznosci i popijalo piwkiem...

W pewnym momencie do lokalu wszedl gosc obsypany sniegiem od stop do glow. Skad ten snieg? Przeciez lalo, jak z cebra...Szybko zebralismy manatki- jesli tu sypie, to co jest na tysiacu metrach? Na parkingu samochod przywalony sniegiem, droga zasypana, a z nieba lecialy ogromne biale platy. Mielismy stracha. Podczas jazdy mokry snieg zakleil nam swiatla i jechalismy prawie po ciemku. Balismy sie stanac, bo droga wiodla dosc ostro pod gore i lepiej bylo sie nie zatrzymywac. Kamien spadl nam z serca, kiedy dojechalismy do gospodarstwa.

Cala noc sypalo, a rano nieco sie przejasnilo. Zeszlismy na sniadanie i podczas degustowania lokalnych specyjalow dumalismy, co robic z dzisiejszym dniem.

Wymyslilismy, ze zjedziemy w doline i zerkniemy, jak wygladaja okoliczne wsie i miasteczka. Zahaczymy o Velenje, gdzie znajduje sie zamek oraz fabryka sprzetu "Gorenje". Ale najpierw chcialam pomyszkowac po gospodarstwie.  Wlasciciel dojrzal mnie przez okno i w te pedy przybiegl (po sniegu w lapciach i koszulce), by zaprezentowac nam swoje najmlodsze dziecko- chalet Alpine Dream.

Alesa duma rozpierala, bo domek zaprojektowal sam ze wszelkimi detalami  i sam wykonal wiekszosc prac. Zwlaszcza tych w drewnie.

W domku dostalismy filcowe lapcie. Duzo dekoracji bylo zrobionych z filcu. Nawet bombki na choince.

Ta sama pani recznie wyszywala motywy na zaslonkach. Na kazdym pietrze inne kwiaty. Wszystko w ludowym stylu, ale nowoczesne. Pod stuletnimi ceglowkami, z ktorych byla zrobiona podloga- ogrzewanie. Przytulny salon z wyjsciem na balkon i stylowym kominkiem, barek i w pelni wyposazona kuchnia znajdowaly sie na parterze.

Schody na pieterko, a tam trzy przytulne pokoje z lazienkami. A na stryszku  kacik do spania dla dzieci.

Pozniej zeszlismy do piwnicy, gdzie znajduja sie sauny, jacuzzi, fotele do masarzu i druga kuchnia, z ktorej mozna korzystac bedac na tarasie. Tam tez znajduje sie podgrzewana balia. Musi byc przyjemnie siedziec w goracej wodzie i patrzec na osniezone szczyty :-)

Na gosci czeka tez wlasny tor narciarski, grill oraz stawek z pstragami, z ktorego mozna sobie rybke zlowic. A tak prezetuje sie chalet w pelnej krasie- zdjecie zrobilam dwa dni pozniej.

Reklama Alesia zrobila swoje. I mamy nadzieje, ze uda sie nam tam wybrac jesienia z grupa znajomych. W domku spokojnie moze mieszkac do 10 osob, a im osoba wiecej, tym koszt wynajmu mniejszy.  Zreszta tu sa wszystkie szczegoly:-): http://www.alpske-sanje.si/

 

Po wizycie w domku, zebralismy sie w koncu w droge. Krajobraz powyzej tysiaca metrow byl bajkowy...Jednak w dolinie lalo jak z cebra i przypominajac sobie zwiedzanie Ljubljany w deszczu-zawrocilismy.

 

Okazalo sie, ze byla to bardzo dobra decyzja, bo w polowie drogi zaczelo znow obficie sypac i kto wie, czym tym razem udaloby sie nam dojechac do gospodarstwa. Zle, ze bedac w dolinie nie pomyslelismy

o zrobieniu zakupow. Nie bylo szans na ponowny zjazd, na kolacje. Ale mielismy pare pomaranczy, ciastka i czekolade  :-) Caly dzien spedzilismy praktycznie w pokoju, patrzac jak wszystko pokrywa bialy puch. Mielismy internet, ksiazki i telewizor.

A po drodze przypaletal sie jeszcze kompaktowy Turbokotek. Stworzenie o takiej samej dlugosci, co szerokosci na czterech malych lapkach, z malym ogonkiem i przeslodkim pyszczku. Turbokotek od razu sie do czlowieka przyklejal i kazal sie glaskac. Wlaczylo mu sie turbo i mruczal jak maly traktorek :-) Przeciwienstwo moich dwoch diablic, co sie nawet dotknac za bardzo nie pozwola. Turbokotek od razu sie w naszym pokoju zadomowil. Glaskalam wiec malucha i marzylam, zeby moje dziewczyny sie kiedys tak przytulaly...Wieczorem prawie na sile go musialam z pokoju wyprosic. Nie bylam pewna, czy ktos z domownikow go nie szuka i czy kotek mi gdzies w kacie nie narobi. Kotek o 6 rano znow sie dobijal do okna, wiec od tej pory byl z nami, kiedy bylismy w pokoju.

A za oknem w koncu widac bylo gory i pierwsze promienie wstajacego slonca !

Po sniadaniu zabralismy sprzet i ostatnie ciastka, i ruszylismy na piechote przed siebie.  Bylo po prostu cudnie. Robilam zdjecia doslownie co pare krokow, ale one nie sa w stanie oddac tego, co widzielismy na zywo. Bialo, bajecznie...

W koncu zobaczylismy, gdzie mieszkamy :-)

Przyjemnie sie szlo, nogi same niosly. Droge odsniezona wczesnie rano przykrywala cienka warstewka sniegu. Pod nia lod. Ze sladow na sniegu czytalismy, jakie zwierzeta przecinaly nasz szlak... :-)

Gospodartwo agroturystyczne Klemensek- chyba najbardziej malowniczo polozona osada w Slowenii...

 

Kawalek dalej platforma widokowa, z ktorej rozposcieral sie widok na Logarska Doline. Urokliwe miejsce, niestety zima calkowicie spowite w cieniu

Droga stale piela sie w gore i z kazdym kilometrem krajobraz byl coraz bardziej bajkowy. Drzewa oblepial ciezki snieg. Ten odsniezony na poboczu mial delikatny turkusowy odcien- jak w glebi lodowca. A my zblizalismy sie ku intensywnie blekitnemu niebu...

W koncu doszlismy do kosciolka sw. Ducha. Na wzgorzu wial lodowaty wiatr. Droga do kosciola calkowicie zasypana i zawiana. Do srodka nie dalo sie dostac. Obeszlismy tylko dookola i poszlismy dalej...

Wioska Podolseva - rozrzucone na stoku kilka gospodarstw wygladala bardzo urokliwie. Przy kazdym gospodarstwie pojawial sie pies. Najpierw nas groznie obszczekiwal, a potem odprowadzal kawalek :-)

Za ostatnimi zabudowaniami stal przy drodze stary samochod. Pewnie tez jacys turysci jak my bez lancuchow sie wybrali....

Przy samochodzie zawrocilismy. Przeszlismy w jedna strone 7km i tyle samo czekalo nas z powrotem. Droga ta ciagnie sie jeszcze nastepne 10 i wiecej km. Idealna jest na wycieczki rowerowe. Przy wielu punktach widokowych sa tablice informacyjne z mapkami i opisem, a nad caloscia maja piecze smoki.

Z tablic niewiele moglismy odczytac, bo przykryte byly gruba pierzynka sniegu, ale smoki mozna bylo rozpoznac.

W powrotnej drodze akurat przyszlismy do gospodartwa Klemensek na zachod slonca.

Niedlugo potem zobaczylismy i nasze gospodarstwo. Ono samo juz w cieniu, ale szczyt ponad nim lizaly ostatnie promienie slonca.

W pokoiku padlismy zmeczeni i zmarznieci. Nie mielismy sily jechac w doline na jakis posilek. Nadrobimy sniadaniem. A do tego Turbokotek sie jak zwykle przykleil i tak fajnie sie lezalo przy mruczku. Elmar zakazal mi wyganiac go wieczorem, wiec maly zostal na noc. Okazalo sie jednak, ze turbo mu sie wcale nie wylancza i kot mruczy stale. Na dodatek trzeba go tez stale glaskac. Inaczej sie budzi i dopomina pieszczot. Wystarczylo ze zasnelam na pol godziny, a ten mnie podrapal w nos i ugyzl w ucho. Delikatnie posunelam Turbokotka do Elmara, zeby i on troche ponianiczyl, ale moj Luby nakryl sie szczelnie koldra i maly upierdliwiec wrocil do mnie. Nie pozostalo nic innego, jak go mocno przytulic i przemeczyc noc. W duchu tesknilam do moich diablic :-)

Rano skrobanie do drzwi balkonowych. A za drzwiami pies -Medo (Misio). Kociak jak zobaczyl psa, to koniecznie chcial wyjsc. Widac bylo, ze tych dwoje laczy wielka przyjazn. Zapytalam pozniej Alesia, gdzie sypia Turbokotek. W odpowiedzi uslyszalam, ze kot spi na psie. Ale ze psa nie bylo dwa dni w gospodarstwie, to maly szukal innego cieplego cialka. Nie wiem jak Medo zalatiwa sprawe miziania kotka...

Z zalem musielismy opuscic gospodarstwo, ale przed nami byla dluga droga. Przelecz Paulitch, ktora przyjechalismy byla nieprzejezdna. Musielismy jechac naokolo przez Maribor.

Ale najpierw zjechalismy do Logarskiej Doliny zobaczyc jak te miejsce wyglada zima. Poprzednio bylismy tu pozna jesienia dwa lata temu.


Mimo braku slonca ludzi bylo wiecej niz jesienia! Przyjechali pojedzic na biegowkach albo pospacerowac tudziez powspinac po gorach.

Podjechalismy do prowizorycznego parkingu i stamtad pare km do wodospadu. Szlo sie ciezko. Snieg gleboki, ale z gory zmarzniety. Czlowiek myslal, ze staje na twardym, a zapadal sie po kolana. Jedynym wyjsciem bylo isc po "dziurach" poprzednika. Dobrze,ze juz pare osob szlo przed nami.

W koncu dotarlismy pod wodspad Rinka. Nie robil spektakularnego wrazenia. Raczej wygladal jak jakis ciurczek z kranu. Za to snieg z lawiny, ktory lezal u jego podnoza zapieral dech. To musiala byc moc! Do samego wodospadu nie dalo sie dojsc...

W drodze powrotnej stanelismy na chwile w miejscowosci Velenje, zeby obejzec zamek. Troche dziwnie kontrastowala ta wiekowa budowla z blokowiskami w dole...Na murach wystawa choinek z wykonanymi przez dzieci ozdobami. A w podcieniach wystawa kartek swiatecznych tez wykonanych przez dzieci. Podoba mi sie taka inicjatywa. Widac, ze zamek zyje. Musialam cyknac fotke w toalecie, bo jeszcze  nie widzialam, zeby muszla stala pod oknem. Dobrze ze szyba nieprzeroczysta :-)

Rzut oka na skocznie przy zamku...

I juz jedziemy prosto do domku. Laski na pewno na nas czekaja :-) W domu odpakowalam prezent od Alesia i jego zony. Nalewka i marmoladka z borowek...Mniam!

Szybko wiec zmalowalam i dla nich podarek. Jutro ide wyslac :-)

Write a comment

Comments: 1
  • #1

    zanikowagosia (Wednesday, 17 January 2018 23:26)

    Cudna zima- takiej białej i czystej nie widziałam od lat. Super kwatera- czułam zapach drewna i mruczenie Turbokotka :)